^Powrót na górę!

Gdy na przedmeczowej konferencji prasowej Arteta wypalił że Valverde jest jednym z najlepszych szkoleniowców na świecie nie dało się ukryć że większość dziennikarzy dość znacząco uśmiechnęła się pod nosem. I Valverde postanowił pokazać w meczu z Arsenalem, jak daleko mu nie tylko do tych nazwijmy to World Class, ale nawet to tych świetnych szkoleniowców. Ba można powiedzieć że jak ma dzień to co najwyżej może być bardzo dobrym trenerem. A wtorkowy wieczór zdecydowanie nie był jego dniem bo Athletic przegrał 0-2 po bramkach Martinellego i Trossarda, a porażka ta w całości obciąża konto naszego szkoleniowca, który poddał ten mecz już w momencie ogłoszenia składu. Dalej już było tylko gorzej.
Oczywiście nie można powiedzieć że Athletic zagrał źle, bo zawodnicy robili co mogli na murawie i do nich jakichś większych pretensji mieć nie można, ale już jeśli chodzi o zestawienie osobowe, taktykę, strategię, pomysł na grę, powołania i zmiany to jak najbardziej tutaj jest odpowiedzialny trener. Nawet jak masz najlepszych wykonawców ale beznadziejne plany to to nie będzie funkcjonować.
Mecz rozpoczął się od tradycyjnego złożenia kwiatów pod popiersiem Pichichiego, gdyż Arsenal po raz pierwszy grał na San Mames. Potem rozległ się gwizdek sędziego i zaczęliśmy zawody. Pierwsze 15 minut należało do Athletic który wysokim pressingiem i atakami starał się zaskoczyć ekipę gości. Tyle że to było wszystko mało przemyślane i łatwo rozbijane przez obronę rywali. Poza tym zabrakło też dokładności i momentami widać było że brak planu na rozmontowanie defensywy Arsenalu. No ale trudno było to zrobić z Inakim na szpicy, Berenguerem na prawej stronie i Navarro na lewej. W skrócie 3 z 4 zawodników z formacji ofensywnej nie grało na swoich nominalnych pozycjach. Po mniej więcej 15 – 20 minutach gdy Arteta zorientował się w beznadziejnej taktyce Valverde i jaką prowizorkę żeby nie nazwać głupotę odstawił Txingurri, to nieco przemeblował swój pomysł na ten mecz i zaczęły się kłopoty Los Leones. W 22 minucie Gorosabel cudem uratował zespól przed utratą bramki ryzykownym wślizgiem ściągnął piłkę z nogi Eze. Dwie minuty później kapitalną interwencją popisał się Vivian, który powstrzymał na tyle Gyokeresa, że jego strzał był łatwy do złapania przez Unaia Simona. Kolejne 120 sekund później znowu w polu karnym pojawił się Gyokeres, który świetnie wystartował do dośrodkowania ze skrzydła ale na szczęście nie był w stanie pod naciskiem obrońców oddać celnego strzału głową z kilku metrów. W 30 minucie spotkania bliski bramki był Gabriel po centrze Rice'a z rzutu wolnego. Cztery sytuacje i każda z nich mogła zakończyć się bramką. W końcówce na szczęście Baskowie nieco się pozbierali i w 43 minucie mieliśmy kapitalną okazję do zdobycia bramki. Inaki świetnym prostopadłym podaniem podał do Berenguera, który znalazł się na lewym skrzydle (!!!), ten wpadł w pole karne i z czystej pozycji, z ostrego kąta strzelił minimalnie koło dalszego słupka bramki Rayi. W doliczonym czasie gry Athletic wypracował dwie kolejne po centrach z rzutu rożnego Berenguera, ale najpierw uderzenie Paredesa zablokował Gabriel, a za chwilę po kolejnym rożnym z dobrej pozycji niecelnie główkował Sancet. To tyle jeśli chodzi o pierwszą połowę meczu.
Na drugą część meczu Athletic wyszedł w niezmienionym składzie i z niezmienionym brakiem pomysłu na ten mecz. Arsenal tym razem mówiąc trywialnie nie certolił się w tańcu widząc że jego rywal po prostu jest słaby i ruszył od pierwszej minuty na gospodarzy. W 48 minucie po centrze Rice'a z rzutu wolnego z prawej strony blisko zdobycia bramki na dalszym słupku był Gyokeres, który z łatwością wygrał pojedynek główkowy z Adamą, ale jego uderzenie na szczęście przeszło obok bramki. W 51 minucie bez problemu poradził sobie na skrzydle Madueke, wpadł w pole karne i tylko refleks Unaia Simona uratował nas od straty bramki. Za chwilę ten sam skrzydłowy znowu próbował swoich sił, tym razem z dalszej odległości ale ponownie górą był Unai. W końcu w 58 minucie meczu po niemal kwadransie naporu Kanonierów, dobrą akcję przeprowadził Athletic ale Raya był na posterunku przy strzale Inakiego Williamsa. W 63 minucie po centrze Timbera z lewej flanki w ostatniej chwili Paredes uprzedził składającego się do strzału Gyokeresa. Za chwilę w polu karnym wysoko pofrunął do centry Mikel Merino i uderzył głową na bramkę, ale na posterunku był Unai. Athletic odpowiedział kolejną akcją i strzałem Williamsa, ale ponownie góra był Raya. Niestety w 72 minucie Los Leones przegrywali 0-1. Simon daleko wybił piłkę pod pole karne Arsenalu, tam wyczyścił ją Mosquera, w połowie boiska przejął kompletnie niepilnowany Trossard, który wypuścił w bój Martinellego, a ten przebiegł dokładnie pół boiska i w sytuacji sam na sam nie dał szans Simonowi. Nasza obrona w całości była na połowie Kanonierów. Dlaczego? To wie tylko Valverde. Podopieczni Txingurriego próbowali zaatakować ale nie mieli ani pomysłu ani możliwości sforsować defensywny gości. Dodatkowo bardziej przybliżali się do wyniku 0-2 niż 1-1. I tak niestety się stało bo w 87 minucie meczu podwyższył prowadzenie Trossard. Martinelli świetnie znalazł się na lewym skrzydle, wpadł pole karne, podciągnął do linii końcowej gdzie ograł Gorosabela i dośrodkował na około 5 metr gdzie kompletnie niepilnowany Trossard uderzył na bramkę, a piłka po rykoszecie od jednego z defensorów wpadła do siatki. Zasłużone 0-2 dla podopiecznych trenera Artety. I w zasadzie można powiedzieć na tym skończyło się to spotkanie.
Nie mam zamiaru obwiniać za tą porażkę zawodników. Owszem, mogli zagrać nieco lepiej w ataku i być nieco skuteczniejsi. Mogli też lepiej zagrać w defensywie choć tutaj było i tak dobrze jak na klasę rywala z jakim przyszło się mierzyć. Nasi zawodnicy i tak dużo wyciągnęli z tego co im kazał grać Valverde co było kompletnym nonsensem i w jakim zestawieniu osobowym wyszli. A lista zarzutów wobec naszego szkoleniowca jest baaardzo długa. Pierwsza sprawa to taka, że kompletnie nie wyciągnął lekcji z meczu kontrolnego przegranego 3-0 na Emirates. Totalne zero. Arsenal pokazał tam moc na szybkich i dobrych technicznie skrzydłach i to jest jego najsilniejsza broń gdyż w polu karnym ma zawodników, którzy potrafią zrobić użytek z dobrej centry. Txingurri więc wystawił w podstawowym składzie rezerwowych obrońców – Gorosabela i Adamę. Gdzie tutaj sens gdzie logika tego nie wiem, ale Areso i Yuri mogli spokojnie zagrać we wtorkowy wieczór, a odpoczywać z Valencią. W końcu to jest Liga Mistrzów i powinno wystawiać się najlepszych. Tak samo można traktować wystawienie w drugiej linii Vesgi, bo to ograniczyło nasze możliwości kreacji akcji ofensywnych. No ale to można jeszcze jakoś obronić tym że tutaj trzeba było podjąć walkę z wysokimi i twardo grającymi Merino i Zubimendim. I to jedyny argument, słaby bo słaby gdyż Vesga gra mało i w formie nie jest, ale jakiś jest na obronę trenera. Jak to mówiąc na bezrybiu i rak ryba. Przechodzimy do ofensywny i tutaj kolejny pokaz..... no właśnie nie wiem jak to nawet nazwać bo tutaj na usta cisną się różne słowa, łącznie z tymi wulgarnymi. Od początku gry Inakiego w pierwszej drużynie a więc od około 10 lat nawet dziecko wie że starszy z Williamsów to nie jest środkowy napastnik i bardzo dobre mecze na tej pozycji można policzyć na palcach jednej ręki. Dobrych może było ciutkę więcej, ale to wciąż kropla w morzu. A Txingurri wciąż wystawia go na środku ataku. Do tego kolejny bombowy pomysł czyli te zmiany z Berenguerem w ataku, który nominalnie zaczyna na prawej flance albo i na szpicy. Jak przez mgłę pamiętam może 1 góra 2 mecze w jakich to ustawienie wypaliło i to na tle słabego rywala. Gdyby to jakoś specjalnie wypaliło to myślę że chyba każdy kibic by to pamiętał. Generalnie to się totalnie nie sprawdza i na tle takiej drużyny jak Arsenal tym bardzie nie miało prawa się udać. Kolejna sprawa to posłanie do gry praktycznie wszystkich swoich skrzydłowych powiedzmy podstawowej jedenastki czyli Berenguera, Inakiego i Navarro. Tym sposobem nasz trener pozbawił się praktycznie zupełnie możliwości reakcji nie tylko na ewentualne urazy ale również na niekorzystny rezultat. Czy tak postępuje naprawdę dobry trener? Pokłosiem tego mieliśmy później takie zmiany a nie inne czyli nic nie wnoszące do zespołu, a już szczególnie gdy trzeba gonić wynik. Tutaj że wychodzą bokiem uprzedzenia szkoleniowca wobec niektórych zawodników jak Izeta, który jest wielofunkcyjnym napastnikiem i może z powodzeniem grać na skrzydle, jako cofnięty i boczny napastnik albo wysunięty. No ale Valverde nie chciał by go zgłaszać do Ligi Mistrzów. Skład osobowy mamy już opisany więc teraz pozostaje taktyka i strategia na ten mecz...... Szczerze powiedziawszy nie wiem jaka była i nie potrafię jej opisać. Długie piłki na chuderlawych i technicznych Williamsa i Sanceta lub Berenguera? Txingurri chyba nie wiedział ze gra z klubem angielskim, dla którego gra w powietrzu to żywioł i ma ku temu o wiele lepszych wykonawców niż Valverde posłał na boisko. Zresztą Merino i Zubimendi to też nie ułomki i nieprzypadkowo zostali kupieni do Arsenalu bo w pojedynkach główkowych też się wyróżniają. Przy takiej taktyce to w ataku powinien biegać Maroan Sannadi a więc 190 cm masy mięśniowej, który swoją budową fizyczną bardziej przypomina jakiegoś atletę niż piłkarza. To się przecież sprawdziło w meczu z United gdzie stoperom Czerwonych Diabłów było ciężko walczyć i upilnować naszego napastnika. Od biedy mógłby być nawet Guruzeta. Swoją drogą to kolejny fenomen Valverde, tylko do zrealizowania w Atheltic i pokazujący że słowa Artety o Txingurrim można traktować z duuużym przymrużeniem oka. Sannadi wszedł dobrze do zespołu i wprawdzie bramek nie strzelał ale kreował sytuacje, dobrze grał w pressingu i generalnie wszystko było ok poza bramkami. W pierwszym meczu sezonu od razu wbił bramkę Sevilli i zagrał naprawdę dobrze. Słabiej w drugim meczu z Rayo ale tam cała drużyna grała słabo. Pozostałe dwa mecze to ława. Dlaczego? Tego nie wie nikt. Ale to się wpisuje w inne irracjonalne decyzje trenera. Villalibre który był najlepszym strzelcem pretemporady też swego czasu usiadł na ławce z niewiadomych powodów bez dostania szansy w meczach ligowych. Zawsze myślałem że na boisku biegają Ci co są w najlepszej formie w danej chwili i się wyróżniają, ale jak widać w Athletic niekoniecznie. Kolejna sprawa to patrząc na to co grał Athletic to trudno było znaleźć inne pomysły na rozbicie obrony rywala. Skrzydła? Szczerze powiedziawszy trudno przypomnieć sobie jakiś atak. Środek? Też raczej nie bo Sancet schodził do boku, a jakby zespół chciał grać środkiem to właśnie tam powinien pojawić się Oihan. Poza tym trudno znaleźć jakąś myśl przewodnią akcji w ofensywie i pomysł na rozmontowanie rywala. Wyglądało to jakby trener zupełnie nie rozpracował rywala. Ustawienie obrony również pokazywało, że Txingurri nie rozpracował rywala i zespół jest nieprzygotowany. Bramka Martinellego na 0-1 to właśnie przykład tego że Valverde totalnie nie przygotował defensywy do gry jak również nie zareagował na zmiany poczynione przez Artetę, który ściągnął zawodników siłowych puścił na podmęczonego rywala typowy szybkościowców jak Trossard czy właśnie Martinelli. A obrona Athletic grała wraz z upływem meczu coraz wyżej i narażała się na kontry, na które Arteta przestawił zespół i czego właśnie nie zauważył albo co gorsza zignorował Txingurri. Gdy poszła akcja bramkowa to cała defensywa Basków była na połowie Arsenalu a Martinelli miał praktycznie autostradę do bramki. Gorosabel zmęczony walką z szybkimi rywalami przez całą pierwszą połowę nie miał szans go dogonić i też nie można go winić za stratę bramki. Rozumiem takie ustawienie obrony gdy trzeba gonić wynik ale przy rezultacie 0-0??? Bezsens. Zmian już nie będę się się czepiał bo po pierwsze Txingurri sam się pozbawił jakichś sensownych a po drugie skoro miał plan wystawić praktycznie wszystkich skrzydłowych w pierwszym składzie to można było powołać kogoś z zespołu rezerw na ławkę. Bo Serrano, który gra od przypadku do przypadku i jest bez formy nie jest wyborem. Tyle że gdzie ma złapać tą formę jak nie gra prawie w ogóle, a jak już gra to nie na swojej nominalnej pozycji czyli lewe skrzydło. Można by jeszcze parę rzeczy wymienić z działalności Txingurriego w tym meczu ale już sobie daruję bo nie kopie się leżącego. Oby nasz trener wyciągnął wnioski z tego meczu, w co jednak wątpię i w kolejnych przestał wydziwiać bo piłka nożna to naprawdę prosta gra a Los Leones mają i dobrą taktykę i dobrych wykonawców do tego. Swoją drogą szkoda że Txingurri porzucił już całkowicie to co próbował na początku swojego drugiego powrotu do klubu gdy ustawił drużynę po „barcelońsku" w ustawieniu 4-3-3 z dwoma ofensywnymi pomocnikami bo do tego też są wykonawcy w zespole i na pewno byłoby to lepsze niż to co forsował w pojedynku z Arsenalem. Cóż kolejne mecze przed nami i w nich trzeba szukać punktów. W środę 1 października na Signal Iduna Park czeka nas ekstremalnie trudne zadanie powalczenia z Borussią Dortmund o punkty.
Statystyka meczu:
Składy:
Athletic: Simon – Gorosabel, Vivian, Paredes, Adama (68'Yuri) – Jauregizar, Vesga (81' Rego) – Berenguer, Sancet (68' Guruzeta), Navarro (61' Unai Gomez, 81' Serrano) – Inaki Williams.
Trener: Ernesgo Valverde
Arsenal: Raya – Calafiori (90' Hincape), Gabriel, Mosquera, Timber – Zubimendi – Rice, Merino – Eze (71' Martinelli), Gyokeres (65' Trossard), Madueke (90' Nordaard).
Trener: Mikel Arteta
Wynik: 0 – 2
Bramki: 72' Martinelli, 87' Trossard
Żółte kartki: Jauregizar – Rice, Madueke, Zubimendi
Posiadanie piłki: 38% - 62%
Strzały: 11 – 11
Strzały celne 2 – 6
Podania: 303 - 490
Rzuty rożne: 2 – 2
Spalone: 0 – 2
Faule: 18 - 15
Widzów: 51059
Sędzia: Donatas Rumsas